Przeskocz do treści

Płyty na wieczór #7

26 Maj 2012

King Crimson – In The Court Of The Crimson King (rock progresywny/awangarda)

Ta płyta jest pojebana. Albo inaczej: ludzie, którzy ją nagrali, są pojebani. Muszą być. Żeby stworzyć coś tak pokręconego, a zarazem wspaniałego, nie można być normalnym.
To jeden z najlepszych albumów ever. I chuj, nie zamierzam na ten temat z nikim dyskutować. Klasyk sam w sobie. Koronny dowód na to, że rock nie jest tylko tępym tłuczeniem jednego akordu w 4/4.
Mógłbym pisać jeszcze długo, ale po co? Lepiej zacznijcie słuchać.

Nie oszukujmy się, nic innego nie mogło tu trafić – 21st Century Schizoid Man

Dariusz Terefenko – Evidence (jazz)

Będzie krótko, bo tej płyty i tak pewnie nigdzie nie można dostać – jest zajebista. I jest świetnym zwieńczeniem jednego z najlepszych koncertów, na jakim byłem.

Linka brak, macie pecha. Chętnym mogę płytę pożyczyć.

Rage Against the Machine – Rage Against the Machine (rapcore)

‘Kurwa, jak ja nienawidzę rapu’ – zawsze myślałem. ‘Rap? Wolałbym styl muzyki’ często się słyszało. No i tak sobie w to wierzyłem, dopóki nie poznałem RATM.
Naprawdę lubię tą zbieraninę lewaczków.* Co tam w tekstach mają, to mają (jakoś się nigdy nie wsłuchiwałem), ale kawał energii jest. A riffy Toma Morello zawsze coś w sobie mają.
A polecam pierwszą płytę, bo jest dla mnie mocno świeża. Zmieniła moje podejście, dlatego tu ląduje.
A rapu dalej nienawidzę ;P

Jakiś utwór, czy coś

*Dla niepełnosprawnych umysłowo: tak, to żart. Znaczy: naprawdę ich lubię. Żart to to z lewaczkami. Chociaż w sumie, to jest grupka lewaków, nie?

Wyjazd

25 Maj 2012

Miałem ponarzekać na to, że jest upał. Gorąco. Źle…* Na to, że słoneczko napierdala nieziemsko, a spożycie płynów liczy się w hektolitrach. Miałem – ale przypomniałem sobie, czego tak naprawdę nienawidzę. Zimy! O stokroć wolę umierać w męczarniach od ciepła, niż zamarzać. Inna sprawa, że w końcu można wyjść wieczorem na piwo w plener i dalej jest ciepło. Nie trzeba ubierać już rękawiczek, a cień i chłodniejsze miejsca są błogosławieństwem.
Taaak, zdecydowanie wolę lato.

Z braku laku, zamierzam zatem przedstawić opowieść w jednym akcie – o dyplomie kolegi Macieja. Kolega Maciej miał do zagrania dyplom kończący szkołę muzyczną w Lesznie. Ponieważ było zabawnie, ale nie aż tak, zdecydowałem się jednorazowo nazmyślać, nakłamać i podkoloryzować opowieść.

Cała historia zaczęła się w okolicach piątku – wtedy mniej więcej Maciej zadzwonił do nas, czyli do 1 roku jazzu. Poprosił, abyśmy zagrali z nim dyplom. W poniedziałek, za darmo. Wybuchnęliśmy wszyscy histerycznym, szczerym śmiechem. Maciej dodał, że kupi nam obiad. Po dwóch minutach byliśmy już dogadani – gramy dwa utwory, Leszno, wyjazd o 14.
No to przeczekaliśmy do poniedziałku (ja osobiście jadłem korę z drzew i to, co udało mi się ukraść). Problemy logistyczne zaczęły się na samym początku.
Najpierw podjęta została decyzja, że wyjedziemy wcześniej, tak o 13:30. W wyniku tej decyzji wyjechaliśmy przed 15, gdyż ogólna organizacja przypominała Szkotów bijących się z Żydami o upuszczone przez kogoś 5 groszy. Ostatecznie jakoś się załadowaliśmy – i ruszyliśmy w drogę. Początkowo jazda mijała nam miło, na pokazywaniu faków każdemu autostopowiczowi i śpiewaniu przyśpiewek stadionowych. Królowały ‘Unia, Unia, zwal se Kunia’, ‘Unia Leszno to nie jest polski klub’ i coś o Legii ukochanej. Mieliśmy jednak tęgiego pecha – po 10 minutach skończyła nam się benzyna. Nikt nie miał pojęcia, jak to się stało, ale w powietrzu wisiało podejrzenie. Podejrzenie straszne, ciemne i kleiste. Podejrzenie tak ohydne, że 35 stopni w cieniu zmieniło się szybko w -20. Kiedy zamarzły wszystkie okoliczne drzewa, podejrzenie wypaliło się w ogniu wzajemnych, acz niewypowiedzianych oskarżeń. Hipotezy były dwie – kasę ktoś albo przepił, albo przejadł. Ponieważ jednak chcieliśmy dojechać do tego Leszna, aby w końcu coś zjeść, na pobliskim dębie powiesiliśmy przejeżdżającego cyklistę. Chwilę później, po ustawieniu barykady z roweru na drodze, zatrzymał się pierwszy samochód. Kierowca okazał się być człowiekiem honoru i po krótkich targach zgodziliśmy się obić mu mordę w zamian za jego Toyotę. Nikodem chciał mu dorzucić rower, ale koleś uniósł się honorem i stwierdził, że to za dużo. Skończyło się dość szczęśliwie, a my mieliśmy nowy środek transportu. Okazało się także, że po wyrzuceniu wszystkich butelek i puszek z auta Artura, jakoś zmieścimy się do nowego środka lokomocji.
Dalsza droga nie była zbyt trudna: poza kilkoma podpaleniami, jednym gwałtem** i dwoma kradzieżami z pobiciem*** dojechaliśmy. Niektórzy z nas już chwiali się od ilości spożytego alkoholu, a sytuacji nie ratował złowrogi zapach haszyszu unoszący się w aucie. Ale dojechaliśmy!
Nawet udało się nam trafić. Okazało się, iż Leszno to malownicza i piękna miejscowość, przez której środek przebiega wielkie pole i wybieg dla świń. Ale poza tym małym mankamentem wszystko było okej. Maciej, widząc nasze wygłodniałe twarze, nie dyskutował. Od razu zaprowadził nas do budki pewnego Wietnamca.
Buda ta była prawdziwą, oldskulową wietnamską restauracją. Tą z wieloletnimi tradycjami, z posiłkiem przygotowywanym na oczach klienta. Na naszych oczach skośnook zebrał zamówienia, szybko wyskoczył, złapał kocicę razem z miotem oraz zakosił psa, zmielił wszystko razem i ot! Voila! Posiłek gotowy. Apetyt psuł nam nieco rzygający przechodzień, ale chwilę później staranowało go stado opasłych, szczeciniastych wieprzy.
W drodze do szkoły muzycznej zadumaliśmy się nad naiwnością Macieja, który kupił nam obiad przed graniem. Ponieważ jednak był to nasz druh, a poza tym miał sypnąć kasą za podróż, postanowiliśmy zagrać. Gdzieś zniknął Nikodem, ale okazało się, że śpi, wtulony w dwa klarnety i obój.
Szybko ustaliliśmy, co i jak gramy i poszliśmy wyjarać hasz pokoju. Dyplomy się już zaczęły, ale nasza kolej nie nadeszła. Ktoś bił się z policją, ktoś gonił kota, ktoś wył opętańczo. Miałem dość tego rozpierdolu, więc rzuciłem granatem. Pechowo, przyszło nam szybko uciekać – granat wpadł do budy Wietnamca i rozpieprzył ją na drzazgi. Na szczęście, była nasza kolej, a Wietnamiec nie przeszedł przez bramkę. Odruchowo pokazałem mu faka.
Artur wszedł ubrany jak zwykle – miał na głowie papachę, na szyi wisiał mu naszyjnik z zębów trzonowych złych saksofonistów, a spodnie były skonstruowane ze skorupy pancernika. Marek zdecydował się na tradycyjny kostium wilkołaka, co nie spodobało się Nikodemowi. Krzyczał coś o porządnym wyglądzie i założył szelki. I nic więcej. Nie chciałem się zbytnio wyróżniać, więc oblałem krwią mój mundurze Wehrmachtu, na plecy założyłem plecak z minami przeciwczołgowymi, a na nogi sandały.
I nadszedł ten moment – graliśmy!…

A co było dalej, dowiecie się w następnym odcinku. To nie jest chamski cliffhanger – po prostu idę coś ukraść, bo od poniedziałku nie było mi dane nic zjeść. Do następnego.

*Cytat z Arnolda.
**Ktoś rzucił dogasającego peta prosto w pole bawełny.
*** Standardowo, poszło o dwa hot-dogi na stacji.

Płyty na wieczór #6

19 Maj 2012

Fryderyk Chopin – Koncert e-moll (muzyka klasyczna)

Nie chce mi się strzelać opusami, zresztą pewnie moją stronę wyłączają na wyścigi ludzie szukający lekkiej muzyki. No ale co zrobić, takie życie. Pozwolę sobie zatem na dygresję.
Jakoś tak jest, że za klasyką niezbyt przepadam. Teraz pewnie oczekujecie na historię, jak to jednak to jest zajebiste, wybija się ponad moją niechęć czy upodobania? W sumie to dobrze oczekujecie.
Ale bez żartów, z Konopnickiej i Chopina ponoć nie wolno. Krótko: bardzo, bardzo lubię ten koncert. A jako, że jest długości sążnistej, to nie polecam tego jako osobnej płyty, ino koncert sam. Ktoś jest ciekawy, włączy sobie, a potem może nawet zacznie porównywać solistów? Nie mówię, rzecz jasna, że strzelam nazwiskami i wykonaniami jak z karabinu, ale kilka znam. I lubię. I kilku nie znoszę. Zatem – jak ktoś ma chęć, to niech porówna. Spróbuje. I może nawet się spodoba?

Bez linka tym razem, najlepiej samemu poszukać ;)

Blues Brothers (soundtrack) (blues)

Pisał coś ostatnio, że nie słucham soundtracków. Rzecz jasna, kłamałem – słucham. Dwóch, przynajmniej do czasu, aż kolejny nie wyląduje w następnej publikacji.
Co tu jest takiego dobrego? No cóż, jeśli ktoś nie oglądał Blues Brothers, to niech leci do wypożyczalni*. Dla osób świadomych i znających ten klasyczny film – no chyba nie muszę zachęcać?

Jailhouse Rock!

Airbourne – Runnin’ Wild (hard rock)

Całkiem przyjemna, chociaż krótka (pół godziny) płytka zespołu rodem z Australii. Przypuszczalnie puszczali im tylko AC/DC za małego (swoją drogą, jaki ja jestem nieoryginalny – porównywanie ich do bandu braci Youngów znajduje się wszędzie. No ale nie da rady inaczej, no nie da rady!), wiec brzmią mocno ‘staro’. Brzmienie nie jest jednak, na szczęście, rodem z lat 70. Może nawet dobrze, że ten tak zwany LP trwa ino minut trzydzieści? Lepiej mieć lekkie uczucie niedosytu, niż przesytu. Tym bardziej, że gitarzysta prowadzący prawdopodobnie wyczerpał pomysły na solówki.
Ale nie chcę zniechęcać – ta płyta jest nieco jak chipsy. Niby się tym gównem nie najesz, niby takie niezdrowe, a jednak dużo ludzi je. I całkiem strawne są. W niedużych ilościach.
I znowu wyszło zniechęcenie – spróbuję raz jeszcze. Jeśli jest jakaś miła impreza, albo ktoś sobie chce usiąść przy piwie w piątkowy wieczór, to niech odpali. Jest jak znalazł. Czasem dobrze jest posłuchać czegoś lekkiego i prostego w odbiorze.
Ostrzegam jednak przed kolejną płytą, która nosi nazwę ‘No Guts, No Glory’. Jest to, delikatnie mówiąc, gówno. I nawet niezbyt się z tym kryje. Kryć się za to powinni wszyscy, którzy chociażby przechodzą obok tej mielizny. Straszny kał, szkoda czasu. Ale Runnin’ Wild dobrze jest sobie puścić ;)

What’s Eatin’ You

*Udał mi się dowcip, sami przyznacie. W sumie dwa: jeden, że ktoś mógł nie widzieć BB, i drugi, z tą wypożyczalnią.

Płyty na wieczór #5

12 Maj 2012

John Butler Trio – Sunrise Over Sea (folk)

I znowu folk, co? Wychodzi na to, że sam nie zauważyłem, kiedy zacząłem tego słuchać. Cóż, do folku od muzyki akustycznej niedaleko, więc pewnie to jest przyczyną.
Ale do rzeczy! Zdaję sobie sprawę z tego, że polecanie czegokolwiek nie jest tak pikantne, jak zjeżdżanie od góry do dołu czy też inne wpisy. Mimo tego, płyty wybrane do moich publikacji są naprawdę warte przesłuchania. To właśnie kolejna z nich.
Krótko: zespół jest projektem australijskiego gitarzysty, Johna Butlera. Gość jest totalnie niesamowity i gra bardzo nietypowo, a repertuar jego zagrywek to nie tylko open tuning, ale też granie długimi, akrylowymi paznokciami. Karierę zaczynał jako muzyk wędrowny, ale dość szybko dochrapał się większej sławy i zespołu. Ta płyta jest zdecydowanie najlepsza z płyt „zespołowych” (miał trochę nagrań solo).

Zebra

John Coltrane – Blue Train (jazz)

Jasne, wiem – polecanie płyt Coltrane’a to raczej hazardowna rzecz. Fani jazzu i tak je znają, a dla ‘normalnych’ ludzi będą za trudne. Mimo tego, jestem zdania, iż Blue Train elegancko łączy obie grupy. Jest to jedna z pierwszych płyt Trane’a i nie jest tak trudna w odbiorze jak ta późniejsze. Wyrafinowani słuchacze będą mogli posłuchać, od czego się zaczęło, a fani innych stylów muzycznych wyrobić sobie zdanie, co to jest ten cały jazz i jak się tego słucha.
No i, przyznacie sami, ta płyta mocno wpada w ucho, a kompozycji słucha się genialnie.

Blue Train

The Raconteurs – Consolers of the Lonely (rock)

Ostatnia z płyt The Racontersów jest zupełnie inna niż pierwsza. Broken Boy Soldiers kojarzyło mi się z minimalizmem, prostotą (ale nie prymitywizmem), staroszkolnym brzmieniem… Ta płyta z kolei bardziej zasługuje na nazwę longplaya (55 minut przy półgodzinnej pierwszej), ma dużo bardziej rozbudowane kompozycje, żongluje różnymi brzmieniami i instrumentami. I jest zajebista! Oba LP Raconteursów są świetne, ale zupełnie inne. Pewnie dlatego tak mi się podobają.

Salute Your Solution

Płyty na wieczór #4

5 Maj 2012

Once (sountrack) (folk/rock/alternatywa)

Klasyfikacja gatunkowa niektórych płyt powoduje ból zębów. Na całe szczęście, w tym przypadku jest to jedyna wada!
Cóż, soundtracków słucham tak rzadko… albo nie, stop. Bo soundtracków tak naprawdę nie słucham w ogóle. To jest jedyny przypadek, w którym z własnej woli poszukałem, znalazłem i kupiłem płytę z muzyką filmową. I do tej pory twierdzę, że opłacało się.
A jeśli ktoś jest ciekawy, z czym to się je, to najlepiej obejrzeć film, z którego muzyka pochodzi: Once. Również warto i tyle. A płyty opisywać dalej nie będę, bo chociaż jest cudowna, to moglibyście się porzygać od stężenia cukierkowatości.

Once – When Your Mind’s Made Up

Michel Camilo – One More Once (latin jazz)

Bardzo przyjemna płyta nagrana przez pianistę – Michela Camilo – ze swoim big bandem. Świetne brzmienie, świetne zgranie zespołu, świetne kompozycje. Warto przesłuchać i wyrobić sobie zdanie o jazzie latynoskim; w tym przypadku to ścisła czołówka. Solówki to taki miód, że można od razu smarować nim chleb, czy co tam kto smaruje. Okejka.

Michel Camilo – One More Once

Velvet Revolver – Contraband (hard rock)

Na tym albumie gra sekcja z Gunsów – Slash, Duff McKagan i Matt Sorum. I trzeba przyznać, że na tu nikt się z nikim nie pierdoli. Jeśli ktoś nie lubi rocka zahaczającego o metal – nie ma po co włączać, wywali płytę po jednym numerze. Jeśli ktoś lubi tą stylistykę – zakocha się w tej płycie od razu. Rozmawiałem ze znajomymi o tej płycie – nie wszyscy uważają ją za arcydzieło (no dobra, ja też nie). Ale każdy zgodzi się, że jest bardzo dobra. I potrafi zdziwić tym, co potrafią ugrać ludzie, którzy powinni leżeć na plażach z drinkami. A przynajmniej mają na to środki.

Velvet Revolver – Slither. Teledysk akurat ssie po całości, ale singiel bardzo udany.

Płyty na wieczór #3

29 Kwiecień 2012

Sorka za poślizg, wczoraj nie działał mi net.
Tak więc, jedziemy!

Łąki Łan – Łąkiłanda(alternatywa)

Jeden z najlepszych polskich zespołów koncertowych – to na pewno. Odjazdy grupki Łąk są wybitne: od samych przebrań, poprzez pseudonimy sceniczne, aż do ich pokręconej muzyki. Mimo tego pokręcenia – a może właśnie dzięki niemu – mamy do czynienia ze świetnymi utworami i unikalną, bo jedyną w swoim rodzaju, muzyką. Ja nie wyobrażam sobie wakacji bez koncertu Łąk, a czekanie umilam sobie tą właśnie płytą.
No i co by nie mówić, ma przegenialną jakość!

Big Baton

John Scofield – Piety Street(gospel/jazz)

Świat się kończy: polecam płytę gospel. No ale co zrobić, skoro jest to taka płyta? Nagrał ją legendarny już gitarzysta i pewnie dlatego tak mi się podoba. I chociaż gospel kojarzy mi się tylko z lekką żenadą (no przykro mi, takie mam skojarzenia), to tego CDka mogę polecić w ciemno.

Długa nazwa utworu

The Raconteurs – Broken Boy Soldiers(rock)

Tu nie ma się co rozwlekać: jak ktoś lubi rock w bardzo staroszkolnym stylu, a do tego jest fanem Jacka White’a, to jest to płyta dla niego. No i płyta nie ma szumiącego brzmienia pierwszych nagrań Zeppelinów, tylko jest w świetnej jakości.

Steady As She Goes

Wiosna, wieje akordeonami

26 Kwiecień 2012

Pięknie jest ostatnio, co? Może i tak, ale powoduje to naloty dywanowe na autobusy. Zresztą nie tylko! Lista autobusowych wad jest długa. Po pierwsze, śmierdzi. Po drugie, mam wrażenie, że wchodzę do mikrofalówki. Po trzecie, śmierdzi. Po czwarte, ocierają się o mnie spoceni ludzie. Po piąte, śmierdzi. Po szóste w końcu, wspomniane już naloty dywanowe. Ostatnimi czasy nasze zielonogórskie linie MZK są atakowane przez Romów z akordeonami i harmoniami. Opowiem Wam zatem, co mnie spotkało, bo sam to przeżyłem.

Aha – to będzie rasistowskie, szowinistyczne, chamskie i krzywdzące cudze uczucia. Jak macie się poczuć urażeni, to nie czytajcie. Przeczytanie tego tekstu automatycznie powoduje brak prawa do krytyki rasizmu/szowinizmu/ksenofobii/co tam sobie kto jeszcze wymyśli i znajdzie w mojej osobie. To jest prywatny blog, a jak komuś się to nie podoba, to niech naciśnie taki czerwony krzyżyk w prawym górnym rogu.

Okej, obwieszczenie mam za sobą*. Jadę autobusem, rzecz jasna od ludzi wali. Nic to, zatykam nos siłą woli i podziwiam widoki za oknem. Słońce, ptaszki, drzewka i cała reszta tego zielonego i wiosennego gówna wygląda rozkosznie aż do porzygu. No ale ślicznie jest naprawdę, to sobie patrzę i cieszę się w duszy. W duszy, bo uśmiech mógłby spowodować szersze otwarcie przegrody nosowej na panujące w emzetce aromaty.
No i w czasie tej sielanki, przez drzwi wchodzi Cyganka. Albo niech będzie, Romka. Ewentualnie kobieta po solarce z akordeonem na plecach. Spojrzałem po ludziach – od początku do końca autobusu przeszła fala przerażenia. Dosłownie – krzesło po krześle widać było reakcję na wejście owej persony. Ale nic to, busik jedzie, ona stoi. Znowu zaszedł efekt łańcuchowy – od początku aż do końca autobusu ludzie odetchnęli z ulgą. Uf, nie będzie grać, po prostu dojeżdża. Rzecz jasna, nie dojeżdżała, bo po chwili akordeon wylądował w pozycji. O łańcuszku facepalmujących ludzi po raz trzeci nie muszę chyba wspominać?
Co do mnie, nie mam zamiaru psuć sobie humoru: elegancko i chyżo wyjąłem mp3 i włączyłem Coltrane’a. Na full. Ludzie patrzyli na mnie z nienawiścią, kiedy rozpętało się piekło. Widziałem to tylko po ich twarzach, bo douszne słuchawki nie przepuściły nawet nutki. I dobrze.

No bo, kurwa, jak to ma tak być? Jedzie sobie człowiek w autobusie, rozmawia ze znajomym, gada przez telefon, pisze smsa, patrzy za okno czy czyta notatki. I w trakcie tego do jego busa ładuje się jakiś głupi kutas – obojętnie, jakiej płci – i napierdala na harmoszce. Naprawdę, to jest czysty terroryzm, bo nie da się tego wyłączyć, uniknąć, czy uciszyć. To jest chamskie i namolne zanieczyszczanie przestrzeni dźwiękowej w celu wyłudzenia hajsu. I nie, to nie jest to samo, co granie na ulicy, chodniku, deptaku, pod kościołem, w knajpie, na scenie, gdziekolwiek indziej. Kiedy jedziesz autobusem, nie możesz zdecydować, że nie chcesz tego słuchać. W innych przypadkach możesz, idąc dalej, wychodząc, zmieniając lokal czy salę. Jadąc busem nie zawsze możesz wysiąść i poczekać na kolejny, bo bardzo często się spieszysz. Dużo osób jeździ rano tak, żeby być 20 minut przed terminem? Jakoś w to wątpię.

Dlatego właśnie wkurwia – po prostu wkurwia – mnie zachowanie takich ludzi. Niezależnie od tego, czy są Cyganami, Romami, Polakami, Niemcami, Amerykanami czy Francuzami. Ktokolwiek tak robi – niech spierrrrrrrrrdala!

*Lepiej machnąć coś takiego, niż użerać się z falangami krzyżowców i krucjatami w komentarzach – może i nie pod tym adresem, ale już się zdarzyło.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.